środa, 2 lipca 2014

Gdynianie (nie)wysiedleni

Wysiedlenia gdynian w czasie II Wojny Światowej to jedna z największych akcji niemieckiego okupanta mająca na celu oczyszczenie terenu przyłączonego do III Rzeszy z elementu niepewnego i nieprzydatnego dla hitlerowców. Szacuje się, że spośród około 130 000 mieszkańców, którzy zamieszkiwali Gdynię w sierpniu 1939 roku, około 80-100 tysięcy opuściło miasto albo pod przymusem bezpośrednim albo w efekcie innych nacisków, które miały stworzyć pozory dobrowolnej migracji na inne tereny przedwojennej Polski (głównie Galicja i Mazowsze).

Zajęta przez hitlerowców we wrześniu 1939 Gdynia miała pod nazwą Gotenhafen stać się ważnym ośrodkiem niemieckiego przemysłu wojennego związanego z produkcją i remontem statków niemieckiej floty. Wymagało to od okupanta zapewnienia nie tylko odpowiedniej siły roboczej, ale także zagwarantowania bezpieczeństwa poprzez zmniejszenie wrogo nastawionej do okupanta społeczności polskiej mieszkającej na zapleczu tegoż ośrodka.

Dlatego po usunięciu w pierwszych miesiącach wojny elementu jawnie antyniemieckiego (część rozstrzelana w Piaśnicy, część umieszczona w Stutthofie, pozostała uwięziona), zaczęto stopniowo wysiedlać pozostałych Polaków. W mieście zaś pozostać mogli albo ci Polacy, którzy uważani byli za podatnych na germanizację (pochodzili z Pomorza lub przyjęli odpowiednią grupę narodowościową) lub posiadali potrzebny okupantowi fach i nie obnosili się przy tym z antyniemiecka postawą.

Do tej pierwszej grupy, która mogła pozostać w Gdyni, zaliczał się właśnie mój dziadek, który przybył za pracą do Gdyni w drugiej połowie lat 20. Brukował ulice szybko rosnącego miasta i jako, że z pracą i utrzymaniem rodziny nie było wtedy problemu, na początku lat 30. sprowadził do Gdyni swoją żonę z dwójką dzieci. Mój tata, jako najmłodszy z trójki rodzeństwa, urodził się już w Gdyni, w 1935 roku.

Babcia i dziadek pochodzili z Kociewia, z okolic Pelplina i Skórcza. Ich rodzinne strony wchodziły przez prawie 150 lat w skład zaboru pruskiego, stąd mimo polskich korzeni (polskie nazwiska z rodowodzie stanowią przewagę nad tymi niemieckimi), zostali wychowani raczej w typowy dla tego regionu sposób i w typowych warunkach - szkoła niemiecka, język niemiecki w szkole, język polski w domu i religia katolicka w kościele.

Pradziadkowie oraz rodzeństwo pradziadków, tak jak większość mieszkańców Pomorza, wypełniało swoje obowiązki wobec tamtego państwa pruskiego poprzez zgodne życie, solidną pracę i służbę wojskową w I Wojnie Światowej. Po odzyskaniu przez Polskę Pomorza w 1920 roku, prowadzili dalej uczciwe i pracowite życie pozostając lojalnymi wobec nowej władzy w Warszawie obywatelami. Ale właśnie ta "niemiecka przeszłość" mojej rodziny postawiła moich dziadków, których II Wojna Światowa zastała w Gdyni, we względnie korzystnej sytuacji. Tak jak większość mieszkańców Gdyni posiadających pomorskie pochodzenie, mogli pozostać, żyć i pracować w Gdyni. Nie minął ich jednak codzienny strach o przeżycie, gdyż na porządku dziennym były egzekucje za łamanie surowego wobec Polaków niemieckiego prawa.

Większość jednak przedwojennych mieszkańców Gdyni nie miała prawa wyboru. Musieli oni często naprędce opuszczać swoje domy zostawiając dobytek i udawać się w podróż bydlęcymi wagonami w kierunku Generalnej Guberni.

Dzisiaj w Gdyni istnieje i prężnie działa Stowarzyszenie Gdynian Wysiedlonych (link do ich strony www), które skupia ofiary i potomków ofiar tych wysiedleń. Niestety organizacja ta ostatnio zajmuje się coraz częściej polityką - angażując się nawet w kwestię lotniska w Gdyni czy polskiego przemysłu stoczniowego.

Odbija się to więc na działalności statutowej tej organizacji, która w licznych swoich publikacjach i przekazach medialnych często propaguje przekaz jednostronny i krzywdzący innych gdynian - m.in. tych, którzy nie zostali wypędzeni przez Niemców i z różnych przyczyn pozostali w mieście. Nadużywanie w materiałach firmowanych przez Stworzyszenia Gdynian Wysiedlowych stwierdzenia "prawdziwych gdynian" wpisuje się niestety w popularny w pewnych kręgach politycznych schemat funkcjonowania polegający na dzieleniu Polaków na prawdziwych i tych zdecydowanie mniej prawdziwych, obcych.

Poglądy wyrażane przez niektórych przedstawicieli Stowarzyszenia stwarzają wrażenie, jakoby ci gdynianie, którzy pozostali w mieście w czasie II Wojny Światowej, byli niemieckimi sługusami, kolaborantami, a nawet sprawcami licznych krzywd, których doświadczyli wypędzeni na początku wojny, a także w chwili, gdy zdecydowali się powrócić do Gdyni po zakończeniu wojny. Mało tego, znaczna część tego środowiska (i taka jest też niestety powszechna świadomość większości Polaków) nie do końca wie, na czym polegała tzw. Volkslista na terenach wcielonych do III Rzeszy (np. Pomorze) i czym osoby na nią wpisane różniły się od tzw. volksdeutchów na terenie Generalnej Guberni. Stąd też m.in. kwestia słynnego dziadka w Wehrmachcie i jej powszechny wydźwięk w naszym kraju.

Takie oto stwierdzenia padają w materiałach Stowarzyszenia Gdynian Wysiedlonych:
"Nie wszyscy Gdynianie byli wypędzeni, część została. Nie mam pretensji do tych, co byli kolejarzami, co obsługiwali wodociągi, to była kadra potrzebna miastu. Ale zostali tam też ludzie bez zawodu, którzy byli niemieckimi sługusami. Jak przyszedł okres rehabilitacji, to oni zostali zrehabilitowani, a potem byli pierwsi zasłużeni w pracy i z przywilejami." (źródło: http://ofiaromwojny.republika.pl/teksty/0156.htm)

A warto dodać, że w czasie II Wojny Światowej na terenie Gdyni rozwijał się jeden z silniejszych na terenach wcielonych do III Rzeszy ruch oporu wobec okupacji niemieckiej. Tutaj także miały miejsce liczne akty dywersji, tutaj rozwijały się Szare Szeregi i tu także miały miejsce takie akcje jak słynna B-2, która przyczyniła się do szybszego wyzwolenia Gdyni i ocalenia miasta od zniszczeń wojennych w 1945 roku. To nie byłoby możliwe, gdyby w mieście nie pozostali patriotycznie nastawieni Polacy.

Oczywiście nie neguję tego, że wśród pozostałych w trakcie II Wojny Światowej w mieście gdynian byli Niemcy, kolaboranci czy przestępcy rabujący dobytek sąsiadów, którzy zostali wyrzuceni ze swoich domów. Ale wrzucanie wszystkich niewysiedlonych Polaków (także tych, którzy przyjęli volkslistę) do jednego worka jest bardzo krzywdzące i niesprawiedliwe.

Źródła:
Roczniki Gdyńskie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz